Darmowe Pozycjonowanie

Tykwa na wodę

Otrzymywał również tykwę na wodę, kij pątniczy, wielki pielgrzymi kapelusz i płaszcz, na który w ciągu podróży naszywał muszle, obrazki, zasuszone rośliny, mające stanowić niezbite świadectwo rzetelności jego wędrówki. Dostawał coś ważniejszego jeszcze: zwolnienie zupełne z długów i pieniężnych zobowiązań. Wolny jak ptak, swobodny od wierzycieli, pątnik wyruszał w uciążliwą i wielce niebezpieczną drogę, z której wracał po kilku latach, lub nie wracał wcale. Jeżeli wrócił, ludzie z najdalszych krańców powiatu schodzili się gromadnie, by słuchać jego opowiadań. Opowiadania wyczerpujące, bogate w szczegóły, należały do obowiązków pielgrzyma, od których nie Iza było się uchylać. Więc pątnik opowiadał. Opowiadał rok, dwa. Narastały nowe, coraz piękniejsze szczegóły. Rodziła się bohaterska legenda. Na koniec baśń o przebytej podróży stawała się tak piękną, wiara w rzeczywistość fantazji tak mocną, że pielgrzyma ogarniała nieprzemożona tęsknota za powtórnem przeżyciem czarujących zjawisk. Nie pomagały prośby rodziny, wspomnienie niebezpieczeństw, kilkolet-niej poniewierki. Odchodził, po następnej podróży zmieniając się nieuchronnie w tak dobrze znany w wiekach średnich typ nostalgicznego pątnika zawodowca, dla którego pielgrzymka stała się nałogiem, a normalne osiadłe życie nieznośnem. Niezliczonym tym rzeszom, ciągnącym skroś wieków ku Palestynie, poświęcono wiele prac, historycznych lub porównawczych. U nas prof. Jan Bystroń, we Francji Henryk Bordeaux i inni. | | Badania ich wykazują, jak w niektórych wiekach pęd pielgrzymi wzmagał się, w innych opadał. Bujna i twórcza epoka renesansu była epoką zaniku zainteresowania Ziemią Świętą. Budzi się ono ponownie w wieku XVIII, rozkwitając w czasach romantyzmu, z małemi wahaniami trwając po dziś dzień. Ten sam cel, te same drogi. Tylko forma nowa. Nowe tempo. Co trwało lata, wypełnia dziś parę tygodni. Miejsce tykwy, pielgrzymiego kija i listu biskupa zajął znaczek Francopolu i kwit na wpłacone pieniądze. Czy w tych zmienionych warunkach pozbawionych wysiłku, nieodzownego motoru uniesienia i entuzjazmu, może utrzymać się w dzisiejszych pielgrzymkach dawny duch pątniczy, podobny do tego, co ożywiał ludzi przed półtora tysiącem lat? — Szczere religijne uczucie, aż do zatracenia? Czy przyjechawszy do Jerozolimy wygodnym pociągiem, uda się spojrzeć na nią oczyma krzyżowców? Czy skroś czasów, od nadmiaru pątników i uniesień, czar Miejsc Świętych nie został wypity, nie zwietrzał, jak zbyt długo otwarta amfora z wonnością? Czy są wciąż niewyczerpanym akumulatorem duchowej energji?... Te i podobne im pytania wypełniają, wraz z przygotowaniami do podróży, ostatnie dnie lutego, dnie kuse, szare, wietrzne. W dniu odjazdu prószy śnieg, układając w górach beskidzkich skrzące puchy ku rozkoszy narciarskiej, na ulicach Katowic zamieniając się w lepkie błoto. Szybko rozniesione nogami, centkuje chodnik szarą krostą. Wiatr ostry dmucha. W poczekalni dworcowej stłoczona ciżba tych, co odjeżdżają, i tych, co ich odprowadzają. | | Nogi ślizgają się po brudnym topniejącym śniegu, oczy są pełne niepokoju i oczekiwania. Ktoś mówi: Pojutrze będziemy na Adrjatyku... Ktoś się na to roześmiał niedowierzająco. Śnieg pada. Wszystko dokoła jest takie codzienne, niezmienne w swej powszedniości, że słowa te brzmią nierealnie. Adrjatyk...? Zaimprowizowane w poczekalni biuro Francopolu działa szybko, sprawnie. Każdy z uczestników otrzymuje swój paszport już zawizowany przez wszystkie potencje, których granice będziemy przejeżdżać, — dokładny program, nalepki na kuferki i znaczek. Pielgrzymka liczy sto osób. Z jakich sfer? Ze wszystkich. Duchowieństwo, inteligencja, półinteligencja, wieśniacy... Okryte wełnianą chustą, zgarbione wiejskie kobiety biorą drżącemi ze wzruszenia rękami nalepkę, znaczek, jakby brały zielony krzyż z ręki Piotra Eremity. Iloletnie marzenie realizują dzisiaj? Suma, przeznaczona na podróż, jakiego wysiłku jest sumą? Pociąg wpada zadyszany. Zabiera pielgrzymów. Rusza w ciemność nocy. Zatory pierwszej chwili rozpływają się. Każdy ma miejsce zarezerwowane. Może spokojnie usiąść i powiedzieć sobie: jadę. Spokojnie? Nie tak prędko! Francopol zrobił, co należało, lecz nie w jego mocy przerwać nici, wiążące jeszcze mocno odjeżdżających z domem. Jak tyleż upiorów lokalnych, wspomnienie tysiąca drobiazgów domowych niezałatwionych, lub załatwionych źle, lub zapomnianych, osacza człowieka, zatruwa mu chwilę odjazdu. ...List, na który należało koniecznie odpisać... kwit przez omyłkę zabrany... niewydana dyspozycja... Każdy siedzi nachmurzony, borykając się z temi zmorami. Każdemu się zdaje, że wyjazd spadł nań nieoczekiwanie, znienacka, w nieodpowiedniej chwili. Siwa starowinka biega po korytarzu, szukając gorączkowo zgubionego a nieprzeczytanego jeszcze Kurjerka.