
Aleksandrja
Aleksandrja! Aleksandrja! Sielanka miłosna, od której zatrząsł się świat. Kwiaty, węże i skarby z tysiąca i jednej nocy. — Aleksandrja! Neoplatończycy, wielka bibljoteka, — miljon rękopisów, wirujących popiołem w powietrzu, — św. Klemens i Orygenes, — św. Katarzyna, najuczeńsza z dziewic, — w nie-przebrzmiałych echach miłości surowa wiedza, cnota i męczeństwo. — Aleksandrja!. Skomplikowane i zawiłe formalności paszportowe trwały tyle czasu, że można było dowoli pogrążyć się we wspomnieniach, sycić obsesją histo-rji, zanurzyć się w niej z tą samą, tylekroć już odczuwaną udręką powrotu w rodzime, zapomniane dawno strony. Nawrót do swego początku. Bo czemże jest ta pielgrzymka, wiedziona tym właśnie szlakiem, jeżeli nie deptaniem pokor -nem ku źródłom własnej kultury? My wyrośliśmy z Grecji, — Grecja wyrosła z Egiptu. I oto przybywając tutaj, zrozumiemy, dlaczego Piękno objawia się nam w tej, nie innej formie, — dlaczego pojmujemy je tak, a nie inaczej. Narazie jednak Egipt, jego piękno, wszystko, czego się od niego spodziewamy, przytajone jest głęboko i niewidoczne. Trudno byłoby wycisnąć na usta Scypjonowy okrzyk: Teneo te Africa!, patrząc na brudny, zaśmiecony bulwar i szpetne hale portowe o dachach z falistej blachy. Afryka, tajemniczy świat słonecznej złudy, rzeczywistości zatracającej się w świetle, jest gdzieś daleko poza niemi. | |Lecz w miarę jak Tevere, okręcając się zwolna, dociąga do brzegu, gromadzi się na nim liczny i zwarty tłum przekupniów, tragarzy, port jer ów hotelowych, gapiów Tłum tak natarczywy i wrzaskliwy, barwny i cudacki, jakgdyby zamykał w sobie cały Wschód, całe bogactwo typów Lewantu. Czarne jak sadze twarze Numidyjczyków, bronzowe, sępie Arabów, białe europejskiej włóczęgiej hołoty, — turbany, fezy, zasłony „keffieh", chałaty wielobarwne, szarawary tureckie, tandetne przystroję europejskie, łachman szmatławy, zarzucony przez ramię jak toga, i — wszędzie jednakie oczy, czarne, nieruchome, błyszczące jak agat, drapieżne jak oczy mew i jak mew utkwione chciwie i obco w przybyszów. Wślad za wzrokiem, do stojących na bezpiecznym bastjonie pokładu pielgrzymów, wyciągają się ręce z pocztówkami, pomarańczami, tytoniem, naszyjnikami z czeskich paciorków, cybuchami, łańcuszkami, monetą do zmiany. Sto głosów wykrzykuje naraz. Sto kułaków walczy o lepsze, bliższe statku miejsce. Dziad w szafranowym turbanie i sinomodrym chałacie okłada pękiem naszyjników natrętnego konkurenta. Tamten nie zostaje dłużnym. Już się wodzą za łby po ziemi. Już druga bójka wybucha. Urzędnicy paszportowi przesadzają w dokładności, toteż tłum ogarnia zdenerwowanie. Krzyki są coraz gorętsze, ręce wznoszą się ku podróżnym niby z groźbą, i na myśl, że za chwilę wypadnie zejść w tę ciżbę hałaśliwą i groteskową, niejednego pielgrzyma ogarnia niepokój. Stoję wśród grupy naszych kobiet wiejskich, które żegnają się gęsto. — Jezusicku, tyz cudoki! Ani poznać, cy chłop, baba. — To te, co męcyły Pana Jezusa — referuje druga. — Takie samo mają oblecenie jak w Bibliji. — Mylicie się, matko, to jeszcze nie Ziemia Święta, — to Egipt. — Egipt tyż je Ziemia Święta, — poprawia z powagą — bo tu Najświętsza Panienka z Dzieciątkiem mieskała. Mój Boże! między takiem draństwem przyszło Im się żyć. Wysoka Ślązaczka, w niepokalanie stylowej chustce i fartuchu, wzdycha głośno. Patrzy przed siebie tak uważnie, jakgdyby wszystkie ujrzane w ostatnim tygodniu lądy i morza, grody i ludy stanęły przed nią tu, na afrykańskiem wybrzeżu. — Strach, co dziwów jest na świecie. — stwierdza. — Wszystkie Pan Bóg stworzył, a my je oglądamy. Jakby opowiadać, toby człowiek nie uwierzył, że takie różności są. A potem śmierć nam oczy zamknie i już nic nie będziemy widzieli. — kończy z nagłą melancholją. ||Nieśmiertelna tragedja bytu, to samo, co u bohaterów Homera: . . . i już nic nie będziemy widzieli. drży w głosie prostej śląskiej wieśniaczki. Lecz nadęci i poważni urzędnicy portowi, poprzedzani przez żandarmów, już schodzą z okrętu. Formalności załatwione. Krzycząc i okładając się wzajemnie w pośpiechu pięściami, hurma ciemnolicych tragarzy wdziera się na schodki. — Loboga! Loboga. Szofer aleksandryjski nieustannie trąbi, będąc miłośnikiem wrzawy, i nieustannie dodaje gazu, jest bowiem również miłośnikiem pędu. Toteż poszczególne widoki miasta migają jak w kalejdoskopie, jak w filmie zbyt ostro kręconym. Pełne kurzu niechlujne uliczki portowe. Gwar i ścisk. Stosy mandarynek. Banany. Klatki z ptaszkami podobnemi do czyżyków. Wielkie czarne barany uwiązane u drzwi domów, przeznaczone na rychło mające nadejść święta. Kino i film z Chevalierem.