Darmowe Pozycjonowanie

Zar

Z nieregularnego placu, otoczonego siedmioma wspaniałemi meczetami, labirynt uliczek wiedzie w stronę bramy Bab-el-Futuh, czyli Zwycięstwa. I tutaj przy wrotach znajduje się „święty", mniej jednak czczony niż patron Bab-el-zueli, lub „święty" mieszkający tuż przy królewskim pałacu, co trzyma w ręku własną swoją głowę. Gdy miastu coś grozi, ukazuje się widomie. | | Kroczy, rzucając głową przed siebie jak kulą. Trwoga pada na ludzi. Ostatni raz widziano go w 1914, na krótko przed wybuchem wojny. Księżyc wypływa coraz wyżej, ukazując coraz piękniejsze, niespodziane perspektywy, fantastycznie nierealne. W miesięcznym blasku zaciera się wschodni brud, nędza, zostaje sama baśń. Zalane w dzień zgiełkliwym tłumem uliczki są ciche. Niby jedyny ślad życia, pozostaje trwający uparcie w powietrzu kadzidlany zapach palonych ziół, najpewniejsza ochrona przed złemi duchami. Bo miasto arabskie jest pełne nie tylko opiekuńczych „świętych". Liczne i potężne są złośliwe demony, które należy dobrze znać, by się przed niemi uchronić. Nierzadko w korzeniach sykomory mieszka duch o twarzy zielonej, wywołujący wzrokiem wrzód na lewej stronie twarzy. Można go ujednać nabożeństwem z uroczystemi pląsami. Złośliwy i trudny do zaspokojenia jest „zar", demon straszliwie silny, który wchodzi w kobietę, miota nią o ziemię, wyje, niszczy wszystko, co mu podpadnie pod rękę. Komu żonę zar opęta, musi sprowadzić spiesznie „mądrą", zaklinaczkę, by z nim rozmawiała. Zagabnięty przez „mądrą" zar stawia swoje warunki. Czasem wymagania jego są skromne: zadowolni się dwiema sukniami. Bywają jednak zary rujnujące. By opuścić kobietę i mieszkanie, żądają naszyjników, zausznic, bransolet. W powietrzu roi się od drobnych duchów zawistnych o wszelkie piękno, powodzenie. Przeto matka-Arabka, nie tylko z lenistwa i nawyku, ale z przekonania nie myje nigdy swego dziecka, nie czesze mu skołtunionych włosów, nie odgania z oczu much, by demon nie pozazdrościł mu urody. Tak miła sercu matki europejskiej pochwała dziecka przyjmowana jest tutaj z gniewem i przekleństwem. Ona, matka, wie najlepiej, że jej dziecko jest ładne, najładniejsze, — lecz wara, by o tern mówiono! Rojące się czarnym, wstrętnym plastrem muchy są pożądane i potrzebne, nie tylko by wypijać z oczu zarazki (sic!), ale by dzięki im demon nie dojrzał, jak bardzo te oczy są piękne. Rzecz prosta, nasilenie i władza demonów słabnie wpobliżu każdej białej kopułki, kryjącej zwłoki ,.świętego". || Szczęśliw, komu wypadło mieszkać w jej sąsiedztwie! Stąd niewiarogodne nagromadzenie, spiętrzenie, stłoczenie domów w niektórych punktach miasta, wpobliżu bardziej czczonych „świętych". Profesor Uniwersytetu Warszawskiego B. Richter, wybitny orjentalista, mieszkający od szeregu lat w Heluanie, uważany w Egipcie za jednego z trzech istniejących rzeczywistych znawców starego Kairu, niestrudzony mądry przewodnik, czarujący towarzysz — obiecuje pokazać nam, w związku z tem zatłoczeniem, nieprawdopodobne dziwo. Więc znów wędrówka przez czarodziejskie dekoracje do baśni z tysiąca i jednej nocy, przez wą-ziuteńkie uliczki, nierzadko górą zamknięte drewnianym malowanym pułapem. Czasem od domu do domu przeciągnięte są sznurki, powiewające kolorowemi papierkami, znak że się chłopiec narodził. Na małym placyku droga zagradza się nagle wysoką płócienną ścianą. To zaimprowizowana sala przyjęć, in gratiam jakiejś rodzinnej uroczystości. Na drewnianych ramach rozpięte wielkie malowane płótna tworzą ściany. Ziemię zaściela kobierzec. Grono mężczyzn w turbanach, siedząc na niskich stołkach, pije kawę i ciągnie nargile. Pośrodku dygnitarz, szeik, na wyższem krześle, opasany purpurowym pasem. Przejmujące wrażenie nierzeczywistości zjawisk, stąpania w pełnym zwidzie, jakie ogarnęło z początkiem wieczoru, nie ustępuje, wzmacnia się, rośnie. Księżyc nad minaretami, cisza, to milczące zgromadzenie. W jakimże jest się świecie? w którym wieku? Choć wytężywszy ucho możnaby dosłyszeć gwar wielkiej europejskiej dzielnicy, jakże ona jest odległą, nieistniejącą, niebyłą! Nalot nowoczesności jakże sztucznym, obcym i nietrwałym, ludności miejscowej zgoła niepotrzebnym! Oto dom, jakiego prawdopodobnie nigdzie indziej nie zobaczycie — powiada prof. Richter. Rzeczywiście. Na murze, wysokim trzy, cztery metry, granitowym, szerokości siedemdziesięciu cm, rozdzielającym dwie uliczki, siedzi okrakiem trzypiętrowy domek, ze swemi muszrabijami, bogato zdobioną fasadą i dachem tarasem. W nietrwałej równowadze, wobec której domostwo Baby Jagi na kurzej łapce zdawało się fundamentalnem, podtrzymują go, niby gołębnik, cienkie kamienne rozporki wrażone skośnie w mur. Stoi podobny do dziecinnego domku-zabawki, postawionego dla żartu na kominie, podłogą do góry.